-A on? Nie słyszałeś Johny. Pomógł mi przy psychofankach Annie wtedy kiedy wy bawiliście się świetnie kij wie gdzie.- powiedziałam z sztucznym uśmiechem i poszłam w górę.
-Mogł...-powiedział Thomas ale Amy mu w tym przeszkodziła.
-Przystojniak. Bierz się za niego, widziałam jak na ciebie patrzy.- powiedziała to tak zadowolonym głosem że nie wierze. Spojrzałam na wysokiego blondyna, jego twarz stała się nagle tak jakby smutna, a złość kapała mu z oczu.
-Nie dzięki.-powiedziałam ciągle patrząc na niego, Podniósł swój wzrok na mnie i chwilę stał bez ruchu jak ja. Dałam tu tak jakby sygnał, nie wiem czy to odczytał ale przynajmniej coś w tym kierunku zrobiłam. Obróciłam się i poszłam do góry.
-Ej Brina, jesz z nami dziś kolacje?-zapytał Thomas. Obróciłam się i zobaczyłam gniewny wzrok Amy.
-Nie, nie jestem głodna. Zjedzcie sobie sami romantyczną kolacje przy świecach i czerwonym winku.- Na mojej twarzy znów pojawił się sztuczny uśmiech i ruszyłam do domu, duma z siebie że to powiedziałam. Weszłam do domu trzaskając drzwiami i od razu poszłam się umyć. Wyszłam owinięta ręcznikiem.
-Matko myślałam że dom jest pusty- przestraszyłam się Thomasa i Amy którzy siedzieli na kanapie. Zawstydzona pobiegłam do pokoju. Włosy miałam na twarzy z zawstydzenia i zanim zdążyłam zobaczyć gdzie są drzwi miałam bliskie spotkanie z ścianą. Usłyszałam ciche śmiechy więc popatrzyłam na nich a potem wyparowałam do mojego pokoju. Przebrałam się szybko i modliłam żebym zapadła się pod ziemię. Skoczyłam na łóżku i głowę przykryłam poduszką. Usłyszałam jak ktoś puka do drzwi.
-Czego?-krzyknęłam, ale poduszka nie dała dojść moim słowom do drzwi. Ktoś wszedł do środka i zamknął drzwi.
-Nic ci się nie stało?- zaśmiał się chłopak.
-Raczej nic, może trochę boli mnie głowa.-wysepleniłam.
-Pokarz mi tu się.- powiedział odciągając od mnie poduszkę.
-Przestań nie mam makijażu.- powiedziałam zasłaniając się rękami by mnie nie widział.
-Tak ci ładniej.- uśmiechnął się po czym zdjął mi ręce z głowy.
-Ałć zostaw, boli.-walnęłam go w rękę.
-No jak małe dziecko. Masz rozciętą głowę. Siedź tu.-powiedział po czym poszedł po apteczkę.
-Raczej się stad nie ruszę.-wyszeptałam patrząc zerkając w telefon. Przyszedł mi sms.
,,No witaj, jak się tam trzymasz? Nie zdradziłaś mi swojego imienia. Johny.'' Uśmiech pojawił mi się na twarzy jak przypomniałam sobie o tym jak się z nim fajnie rozmawiało, że zrozumiał całą historię.
-Popatrz się na mnie.-Powiedział suchym głosem. I zaczął dotykać gazą moje czoło.
-Ałć przestań to szczypie!- Krzyknęłam na niego.
-Uspokój się, nie chce żeby ci się tam zakażenie wdarło. Możesz się nie ruszać na chwilę?-jego ton nadal był suchy. Jeszcze przed chwilą był milutki.
-Dlaczego taki jesteś?- zapytałam go patrząc mu prosto w oczy.
-Taki czyli jaki?-spojrzał w moje oczy.
-Taki oschły. Jeszcze minute temu byłeś milutki a teraz? Jesteś zmienny jak kobieta w ciąży.-powiedziałam dotykając swojej rany która bolała.
-A od kiedy cię to obchodzi?- zapytał.
-Od zawszę.-zapadła cisza. Wziął moje ręce z głowy i trzymał. Nasze oczy ciągle na siebie patrzył. Dźwięk sms przerwał tą sytuacje.
Wzięłam telefon ale nawet nie popatrzyłam kto ani co tam pisało.
-Będzie trzeba zszywać?- popatrzyłam na niego.
-Nie, to tylko małe rozcięcie nie powinnaś mieć nawet blizny.- odpowiedział normalnie.
-To dobrze.- przełknęłam ślinę.
-Wiesz, jesteś najbardziej nie cierpliwym i nie spokojnym pacjentem w życiu.-uśmiechnął się.
-A to ciekawe.- odwzajemniłam uśmiech. Kiedy wstawał wskoczyłam mu na plecy i poszliśmy do pokoju gościnnego gdzie czekała znudzona Amy.
-No wreszcie.- powiedziała łaskawym głosem.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz